|
|
wtorek, 15 listopada 2011
Hagman na ratunek
Generalny menadżer Ducks Bob Murray chyba wreszcie zorientował się, że w lecie nie zadbał dostatecznie o głębie składu ekipy. W zespole, w którym są gwiazdy ligi i przyszły członek „Hockey Hall of Fame” jest zbyt wielki dysonans między wspominanymi, a licznym gronem młodych zawodników, którym choć talentu nikt nie odmawia ciężko jest utrzymać równą formę w każdym spotkaniu. Jeśli do tego dodamy jeszcze problemy ze strzelaniem bramek i wygrywaniem spotkań logiczne wydają się zmiany. Zbliżamy się powoli do bariery pierwszych dwudziestu spotkań w nowym sezonie, do drastycznych ruchów w postaci transferów jeszcze nie doszło, ale zaniedbania z lata GM ekipy z Orange County postanowił pokryć już teraz sięgając po graczy niechcianych w innych zespołach, wystawionych na tzw. „listę odrzutków”. I tak do Anaheim w ostatnich dniach trafili środkowy Ben Maxwell z Winnipeg Jets i napastnik Niklas Hagman z Calgary Flames, obaj czekają jeszcze na pozwolenie na pracę w USA, więc debiut w nowych barwach dopiero przed nimi. Kim są nowi członkowie Ducks i w czym mogą pomóc ekipie? Maxwell to 23-letni zawodnik, który większość swojej profesjonalnej kariery spędził w filialnej AHL, rozegrał też 36 spotkań na poziomie NHL (4 w tym sezonie w barwach nowych Jets). Ponoć jest to hokeista odpowiedzialny w grze defensywnej, potrafiący być skutecznym w walce o wznowienia, z który to elementem Ducks mają duże problemy. Winnipeg wystawiając go na waivers liczyli, że uda im się przetransportować, go do swojej afiliacji w AHL, ale nic z tego nie wyszło. Trudno oczywiście mówić o nim jako o wielkim wzmocnieniu, skoro jednak Bob Murray ściągnął go do Orange County należy się spodziewać, że dostanie on realną szansę w roli centra trzeciej formacji, jeśli się sprawdzi – super, jeśli nie jego przygoda z Anaheim nie potrwa zapewne zbyt długo. Dużo bardziej uznanym zawodnikiem jest Niklas Hagman. 31-letni Fin z Espoo to weteran dziewięciu sezonów w najlepszej lidze świata i bardzo ciekawa postać. Jego ojciec, Matti Hagman był pierwszym hokeistą fińskim, który występował na taflach NHL (sezon 76/77), obaj są też pierwszym fińskim duetem syn — ojciec, który dostąpił zaszczytu gry w tych rozgrywkach. Poza występami w Florida Panthers, Dallas Stars, Toronto Maple Leafs i ostatnio Calgary Flames Niklas wielokrotnie reprezentował też barwy zespołu narodowego, w jego dorobku jest m.in. srebrny medal z IO w Turynie z 2006 i brąz z ostatniego turnieju olimpijskiego w Vancouver, gdzie strzelił cztery gole w sześciu meczach. W ekipie z Anaheim spotka kilka znajomych twarzy, przede wszystkim swoich rodaków Saku Koivu, Teemu Selanne i Toni Lydmana, których zna z rozgrywek międzynarodowych oraz goalkeepera Jonasa Hillera, z którym występował w szwajcarskim Davos w mistrzowskim sezonie 2004/2005, gdy w NHL trwał lockout. Hagman trafił do Ducks z tzw. re-entry waivers, co oznacza, że czapkę płac zespołu obciąży jedynie połowa wartości jego 3 mln kontraktu, który wygasa po obecnym sezonie. Wydaje się, że jest to korzystna cena za doświadczonego hokeistę (707 spotkań w rozgrywkach sezonu zasadniczego), który trzykrotnie w karierze przekraczał barierę 20 trafień w sezonie (najwięcej 27 w barwach Dallas w sezonie 2007/2008). Ostatnio miał słabszy okres w ekipie Calgary Flames, ale tam nie zawsze dostawał odpowiednią ilość czasu gry i chyba nie do końca pasował do koncepcji drużyny. Pobyt w Anaheim to dla niego ostatni dzwonek, by udowodnić swoją przydatność w rozgrywkach NHL, jeśli nie wpasuje się w liczne fińskie towarzystwo w Orange County to spokojnie może już wracać do Europy. Ten zespół potrzebuje kogoś doświadczonego, kto mógłby ożywić mizerię strzelecką, w jakiej obecnie się znajdujemy. Prawdopodobnie Fin zacznie swoje występy w barwach Ducks od gry w trzecim ataku u boku kogoś z grupy: Ben Maxwell, Brandon McMillan, Devante Smith – Pelly. Jeśli jednak wpasuje się dobrze w nowe otoczenie nie wykluczone, że pójdzie w górę i zagra ze swoimi dwoma rodakami w drugim ataku lub nawet w topowej formacji np. podczas meczów wyjazdowych, kiedy to gospodarz ma przywilej ostatniej zmiany i warto zrównoważyć moc uderzeniową wszystkich trzech linii. Nie wiem czy Niklas Hagman okaże się lekiem na nasze problemy, trochę szkoda, że nie byliśmy bardziej aktywni latem, kiedy wybór potencjalnych kandydatów do drużyny był szerszy. Teraz trzeba się zadowolić tymi, którzy z różnych powodów nie są chciani w swoim dotychczasowym miejscu pracy. Doświadczony Fin za 1.5 mln, z kontraktem wygasającym po obecnym sezonie to jednak na pewno ciekawa, warta sprawdzenia opcja. My jesteśmy zdesperowani, on powinien być zdesperowany, to się może udać…
poniedziałek, 14 listopada 2011
Karjala Cup 2011 dla Rosji, Finowie drudzy
Nie udało się, mistrzowie świata Finowie nie zdołali zwyciężyć w rozgrywanym w Helsinkach pierwszym tegorocznym turnieju z cyklu EHT. Z dorobkiem 8 punktów zwyciężyli dowodzeni przez nowego szkoleniowca Zinetulę Bilyaletdinova Rosjanie, gospodarze z 4 „oczkami” zajęli drugą pozycję. Już pierwszy, otwierający turniej w stolicy Finlandii pojedynek pomiędzy gospodarzami a Rosją miał mieć kluczowe znaczenie dla ostatecznego układu tabeli. W pierwszej tercji „Sborną” na prowadzenie wyprowadził niezawodny Alexander Radulov, który z 4 trafieniami został najlepszym strzelcem imprezy. Na samym początku trzeciej tercji wyrównał pięknym strzałem spod niebieskiej młody obrońca ekipy „Suomi” Sami Vatanen. Finowie mieli znacznie więcej okazji do gry w przewadze, ale nie potrafili tego wykorzystać. Kluczowa mogła być gra 4 na 3 już w trakcie dogrywki, ale Rosjanie dotrwali do końcowej syreny i zwycięzcę spotkania miała wyłonić seria rzutów karnych. W starciu młodych, wschodzących gwiazd europejskiego hokeja tym razem Evgeny Kuznetsov okazał się skuteczniejszym egzekutorem niż bohater ostatnich MŚ Mikael Granlund, a ponieważ kolejne trafienie dołożył jeszcze Radulov Bilyaletdinov mógł zapisać sobie pierwszą wygraną podczas zaczętej niedawno pracy z reprezentacją. W drugim spotkaniu Finowie byli już bardziej skuteczni i bez większych problemów wypunktowali Czechów 4:0. Przy wszystkich bramkach udział miała tak skuteczna na ostatnich MŚ formacja Mikael Granlund – Jarkko Immonen – Janne Pesonen. Ten ostatni zaliczył gola i trzy asysty, Immonen miał 2G + 1A, a młody Granlund zadowolił się dwiema asystami. Do siatki Czechów trafił też defensor Atlanta Mytiszczi Janne Niskala. Wysoką formę z rozgrywek ligowych potwierdził bramkarz Niko Hovinen, który nie dał się pokonać ani razu, powstrzymując m.in. blisko 40-letniego Petra Nedveda, który w kadrze narodowej naszych południowych sąsiadów zagrał po raz pierwszy od Pucharu Świata w 1996 roku i w weekend debiutował w cyklu EHT będąc także kapitanem zespołu trenera Aloisa Hadamczika. Przed ostatnim spotkaniem, prestiżową potyczką ze Szwedami Finowie wiedzieli już, że nie zdołają wygrać turnieju. Dzięki świetnemu finiszowi w rozgrywanym wcześniej meczu „Sborna”, choć długo przegrywała 0:1 z Czechami po trafieniach Kuznetsova i Radulova triumfowała 2:1. Szwedzi, którzy wcześniej przegrali oba spotkania z wyżej wymienionymi zaskoczyli Finów i w drugiej tercji prowadzili już nawet 4:1. Świetna gra młodych Granlunda (2A) i Vatanena (1G + 1A) nie wystarczyła do dogonienia wyniku i ostatecznie ku rozczarowaniu miejscowej publiczności „Trzy Korony” zgarnęły komplet trzech punktów, poniekąd rewanżując się za wysoko przegrany finał MŚ na Słowacji. Drugie miejsce za Rosją to nie jest zły wynik dla reprezentacji Jukki Jalonena. Jednak tylko cztery zdobyte punkty i prestiżowa porażka ze Szwecją w ostatnim dniu zawodów muszą obniżyć trochę ogólną ocenę, bo przecież apetyty były ogromne. Coach Finów nie przeprowadził zbyt wielu eksperymentów, ale na pewno może być zadowolony z postawy kilku zawodników. Podobać mógł się m.in. potężny bramkarz „Pelikanów” z Lahti Niko Hovinen. Ten 23-latek puścił na turnieju tylko jedną bramkę (poza meczem z Czechami grał też prawie pół spotkania ze Szwecją), a przecież na dobrą sprawę w kadrze debiutował, bo choć był na ostatnich MŚ to lodu na Słowacji nie powąchał. Jeśli dalej będzie utrzymywał wysoką formę w lidze to na pewno może być solidną opcją na kolejne mecze kadry, nawet w kontekście majowych mistrzostw świata 2012. Nie sposób nie wspomnieć też o dwójce młodziutkich fińskich graczy, którzy już są wyróżniającym się postaciami reprezentacji a w przyszłości mogą nawet stać się gwiazdami NHL. 19-letni Mikael Granlund po tym jak strzelił Rosjanom bramkę w stylu lacrosse’a w półfinale MŚ w swojej ojczyźnie cieszy się statusem co najmniej takim jak największe gwiazdy rocka. Na turnieju w Helsinkach jeszcze raz potwierdził jak bardzo kreatywnym jest hokeistą, asystując przy pięciu bramkach kolegów. Szefowie Minnesota Wild na pewno zacierają ręce, młody napastnik już teraz przesądza o wynikach kadry seniorów, a przecież jego wiek pozwala mu na wzięcie udziału w najbliższych MŚ do lat 20. Rok starszy Sami Vatanen (2G + 1A w Helsinkach) ma równie świetne „papiery” na zostanie czołowym ofensywnym obrońcą na świecie. Niesamowita jazda na łyżwach, wizja gry oraz bardzo szybki, precyzyjny strzał z klepy (z racji wysoko zadartej łopatki kija przypomina bardzo legendę kadry „Suomi” Petteri Nummelina). Ta dwójka powinna rządzić tą kadrą na lata i już podczas Igrzysk w Soczi być jej kluczowymi postaciami. Na koniec warto jeszcze wyróżnić Jarkko Immonena, który raz jeszcze potwierdził swoje wysokie umiejętności strzeleckie i po tym jak był najlepszym strzelcem Finów na MŚ został nim także na pierwszym turnieju w tegorocznym cyklu EHT (3 trafienia + 2 asysty).
Końcowa tabela turnieju Karjala Cup 2011 i aktualna sytuacja w cyklu EHT po pierwszej rozegranej imprezie: 1. Rosja 3 2 1 0 0 8:3 8 pkt Najlepsza piątka turnieju: Konstantin Barulin (Rosja) — Sami Vatanen (Finlandia), Ilya Nikulin (Rosja) – Mikael Granlund (Finlandia), Jarkko Immonen (Finlandia), Alexander Radulov (Rosja). Kolejny turniej z cyklu EHT odbędzie się w dniach 15 – 18 grudnia w Moskwie.
środa, 09 listopada 2011
Piętnastu mistrzów świata w składzie Finlandii na Karjala Cup 2011
Już jutro początek rywalizacji czterech najmocniejszych europejskich reprezentacji hokejowych w nowym sezonie corocznego cyklu EHT. Pierwsza odsłona tych prestiżowych zmagań odbędzie się w stolicy Finlandii pod szyldem „Karjala Cup”. Szczególnie zmotywowani powinni być więc aktualni mistrzowie świata, Finowie, którzy mając jeszcze w pamięci złoty bratysławski sen liczą na kontynuowanie zwycięskiej passy przed własną publicznością. „Chcemy być tak samo silni jak w poprzednich latach, opierając się rzecz jasna na sukcesie z Bratysławy. To wspaniałe osiągnięcie miało wpływ na cały hokej w Finlandii. W ostatnich miesiącach uczestniczyliśmy w wielu spotkaniach z kibicami, ale teraz czas na powrót do ciężkiej pracy” mówił podczas konferencji prasowej, której ozdobą był Puchar za mistrzostwo świata coach Jukka Jalonen. Finowie chcą pokazać się z jak najlepszej strony, więc przynajmniej w domowej odsłonie cyklu EHT nie ma mowy o zbyt dużej liczbie eksperymentów. Jalonen postawił w większości na sprawdzonych graczy, wśród których przeważają oczywiście złoci medaliści z Bratysławy, których jest aż piętnastu. „Chcemy się pokazać się z jak najlepszej strony, więc powołaliśmy tak wielu mistrzów świata, jak tylko mogliśmy” stwierdził Jalonen, który przyznał także, że w dalszej części sezonu reprezentacyjnego swoje szanse na pewno dostaną też nowi, młodsi zawodnicy. W składzie na Karjala Cup nie ma oczywiście Mikko Koivu czy Tuomo Ruutu, którzy walczą o punkty na taflach NHL, nie brakuje jednak uznanych i zasłużonych dla reprezentacji kraju nazwisk. Pod nieobecność duetu broniącego bramki fińskiej na Słowacji kolejną szansę w roli „jedynki” dostanie zapewne Karri Ramo (Avangard Omsk), który prezentuje się wybornie w nowym sezonie KHL. Okazję do gry dostać powinien także 23-letni Niko Hovinen, który na ostatnich MŚ pełnił rolę tego trzeciego i ostatecznie nie zagrał ani minuty. W bieżącej kampanii jest jednak w znakomitej dyspozycji i to w dużej mierze dzięki niemu rodzimym rozgrywkom liderują niespodziewanie „Pelikany” z Lahti. W obronie przeważają starzy znajomi, a więc doświadczeni, zaprawieni w bojach mistrzowie świata z Bratysławy: Ossi Vaananen, Lasse Kukkonen, Janne Niskala, Topi Jaakola, Jyrki Valivaara i Pasi Puistola. Co bardzo cieszy w tym doświadczonym towarzystwie znalazło się ponadto miejsce dla będącego ostatnio w coraz lepszej dyspozycji ofensywnie nastawionego 20-letniego Samiego Vatanena z JYP, który w cyklu EHT debiutował już w sezonie 2009/2010 i występował na seniorskich MŚ 2010. 23-letni Ville Lajunen z Blues to najmniej doświadczony obrońca w składzie, ale i on ma już za sobą dwa mecze w poprzedniej edycji EHT. Póki co poza składem pozostaje legendarny 38-letni Petteri Nummelin, który niezmiennie utrzymuje wysoką dyspozycję w lidze szwajcarskiej, choć Jalonen nie wyklucza w przyszłości powołania dla weterana. W ataku wśród gwiazd KHL i ligi szwedzkiej znalazło się miejsce dla weterana 38-letniego Ville Peltonena ze stołecznego HIFK. Peltonen z powodu kontuzji nie pojechał ostatecznie na turniej na Słowacji, ale w towarzystwie aktualnych mistrzów świata nie musi czuć się gorszy, jako że pamięta inny wielki triumf fińskiego hokeja – złoto z MŚ 95. Tak jak w klubie u jego boku wystąpi nastoletni bohater Finów Mikael Granlund, którego w powszechnej opinii uważa się za najlepszego hokeistę rodzimych rozgrywek. Do reprezentacji wraca też inny pechowiec Petri Kontiola (Traktor Czelabińsk), który z powodów zdrowotnych także stracił ostatni światowy czempionat. Wśród licznej reprezentacji z najmocniejszej w Europie ligi KHL znalazło się też miejsce dla 24-letniego Jonasa Enlunda, jednego z liderów Sibiru Nowosybirsk. Jedynym absolutnym debiutantem na poziomie reprezentacyjnym będzie 27-letni środkowy KalPa Matti Kuparinen, który w lidze utrzymuje średnią ponad punktu na mecz.
Kadra Finlandii na Karjala Cup 2011 (10 — 13 listopada): Trener: Jukka Jalonen Bramkarze: Karri Ramo (Avangrad Omsk), Niko Hovinen (Pelicans). Obrońcy: Ossi Vaananen (Jokerit), Lasse Kukkonen (Metallurg Magnitogorsk), Janne Niskala (Atlant Mytiszczi), Topi Jaakola (Lulea), Jyrki Valivaara (Metallurg Nowokuźnieck), Pasi Puistola (Severstal Czerepowiec), Sami Vatanen (JYP), Ville Lajunen (Blues). Napastnicy: Ville Peltonen, Janne Pesonen, Mikael Granlund, Petteri Wirtanen (wszyscy HIFK), Leo Komarov (OHK Dyanmo Moskwa), Juhamatti Aaltonen (Metallurg Magnitogorsk), Jesse Joensuu (HV71), Mika Pyorala (Frolunda), Antti Pihlstrom (Salavat Yulayev Ufa), Petri Kontiola (Traktor Czelabińsk), Jonas Enlund (Sibir Nowosybirsk), Jarkko Immonen (Ak Bars Kazań), Matti Kuparinen (KalPa).
poniedziałek, 07 listopada 2011
Snajperskie popisy Etema w WHL
Hokeiści Anaheim Ducks nadal nie potrafią przełamać swoich słabości w ofensywie. Po kolejnych wyjazdowych porażkach zajmują aktualnie zawstydzające ostatnie miejsce w lidze, jeśli chodzi o średnią strzelonych bramek na mecz (1.86 – jako jedyni poniżej 2) oraz w średniej strzałów oddawanych na mecz (24.8 – jako jedyni poniżej 25). Poza Teemu Selanne, Ryanem Getzlafem, Bobbym Ryanem i Coreyem Perrym żaden gracz Anaheim nie ma na swoim koncie więcej niż jednej zdobytej bramki. Takich problemów w młodym jeszcze sezonie WHL na pewno nie ma Emerson Etem. 19-letni napastnik rodem z Long Beach w Kalifornii został wybrany przez Ducks z numerem 29 w pierwszej rundzie draftu NHL 2010. W maju 2011 roku podpisał kontrakt wstępny z ekipą z Anaheim i latem wziął udział w swoim drugim obozie przygotowawczym przed startem sezonu NHL. Miejsca w składzie sobie nie wywalczył i jako, że nie skończył jeszcze 20 lat musiał wrócić na swój trzeci i zapewne ostatni sezon w juniorskim hokeju zamiast grać np. w filialnym zespole Ducks w AHL. Błyskotliwy snajper na pewno był odrobinę rozczarowany, ale wygląda na to, że postawił sobie za punkt honoru, by jego kolejny sezon w Medicine Hat Tigers w WHL był zapamiętany na długo. W 18 rozegranych jak dotąd spotkaniach Emerson strzelił 23 bramki i dołożył jeszcze 16 asyst. W tym czasie zaliczył trzy hat-tricki, siedemnaście kolejnych meczów z jakąkolwiek zdobyczą punktową (w ciągu tej serii tylko w jednym meczu nie wpisał się na listę strzelców, za to miał wtedy 4 asysty) i tylko jeden jedyny mecz bez choćby jednego gola czy asysty. To „feralne” spotkanie przyszło dopiero 6 listopada w starciu z Regina Pats. Całkiem nieźle, prawda? Po takich występach nie dziwi fakt, iż Etem został wybrany graczem miesiąca października w swojej Western Hockey League. Emerson swój wielki talent ofensywny pokazał już w swoim pierwszym sezonie w WHL, kiedy to jako 17-latek strzelił 37 goli i zanotował 28 asyst w 72 spotkaniach „Tygrysów”. Już po drafcie przyszedł kolejny wspaniały sezon z 45 bramkami i 35 asystami w 65 grach i jak na razie zanosi się, że nowa kampania przyniesie kolejną poprawę, nawet jeśli w którymś momencie chłopak zwolni i nie będzie dostarczał średnio ponad dwóch punktów na mecz. W każdym razie w tym momencie nie ma drugiego takiego strzelca w trzech najmocniejszych juniorskich ligach w Kanadzie. W WHL ponad bramkę na mecz ma tylko filigranowy rówieśnik Etema Brendan Gallagher z Vancouver Giants (16 goli w 15 meczach). Warto też wyróżnić Huntera Shinkaruka, kolega Emersona z jednej formacji ma 18 goli w 19 meczach (drugi wynik w całej lidze za Etemem). Shinkaruk rozgrywa już drugi sezon w barwach „Tygrysów” a przecież w październiku skończył dopiero 17 lat, co oznacza, że w drafcie NHL będzie można go wybrać dopiero w 2013 roku. Punktowo w WHL blisko prospekta Ducks są tylko Mark Stone (23 A i 37 pkt) i Kevin Sundher (23 A i 36 pkt). Oczywiście ciężko wpisywać najświeższe wyczyny Etema w kontekst historyczny. W latach 80, kiedy Wayne Gretzky zapisywał na swoim koncie po 200 pkt w sezonie NHL w ligach juniorskich osiągano takie wyniki, o których obecni zawodnicy mogą tylko pomarzyć. Mario Lemieux w swoim finałowym sezonie QMJHL miał 133 gole i 282 punkty (!). Tamte czasy na szczęście już dawno za nami, możemy za to spokojnie zestawić sobie wyczyny Etema w porównaniu z ostatnimi sezonami juniorskimi. Jeśli Emerson będzie zdrowy i jego ekipa nadal będzie grała ładny, ofensywny hokej to wydaje się realne, że po raz pierwszy od 11 sezonów WHL będzie miała strzelca 60 goli w sezonie. Raczej niemożliwe (z przyczyn o których mowa poniżej) będzie dobicie do bariery 70 trafień, jako ostatni w którejś z trzech najmocniejszych ligach juniorskich w Kanadzie osiągnął ją John Tavares – 72 gole w sezonie 2006/207 w barwach Oshawa Generals. Powtórzenie takich wyczynów może okazać się trudne także z przyczyn formalnych, prospekt Ducks jest pewniakiem do gry na MŚ do lat 20 w ekipie USA, co oznacza, że opuści mniej więcej od 8 do 12 meczów ligowych. Etem na pewno liczy się za to w wyścigu o 50 bramek w mniej niż 60 spotkaniach. Dwa sezony temu do osiągnięcia tej granicy 57 spotkań potrzebował Jordan Eberle, jedna z gwiazd ówczesnej reprezentacji U-20 Kanady, broniący wtedy barw Regina Pats w WHL. Za swoje imponujące występy otrzymał on tytuł zawodnika roku w Canadian Hockey League, skupiającej trzy najmocniejsze juniorskie rozgrywki w Kanadzie. Nie wiem czy Emerson Etem będzie w przyszłości gwiazdą NHL, choć oczywiście żywię taką nadzieję. Snajperskiego talentu nie sposób mu odmówić, nim jednak spróbuje on zaistnieć w barwach Anaheim Ducks czekają go jeszcze wspomniane już, drugie w karierze mistrzostwa świata do lat 20, na których będzie jednym z liderów kadry amerykańskiej. Przyda się też trochę pokory i ciągłej pracy nad sobą, bowiem on u schyłku swojej kariery juniorskiej ewidentnie przerasta poziomem większość grających tu zawodników i może trochę szkoda, że nie jest uprawniony do gry w AHL. Robić trzeba jednak swoje i na pewno kibice Ducks oczekują od swojego czołowego prospekta kolejnych trafień i punktów dla „Tygrysów”.
Kolejny fiński mistrz świata w khl
Powiększy się fińska kolonia w najmocniejszych rozgrywkach hokejowych na Starym Kontynencie. Nowym zawodnikiem Salavatu Yulayev Ufa ma zostać 27-letni napastnik Antti Pihlstrom, członek złotej drużyny z ostatnich mistrzostw świata na Słowacji. Wśród 29 hokeistów z Finlandii, jacy obecnie reprezentują barwy klubów KHL (trzecia najliczniej reprezentowana nacja po Rosjanach i Czechach) aż 12 może pochwalić się złotymi medalami z ostatniego światowego czempionatu. Pihlstrom to bardzo szybki, przebojowy skrzydłowy, który po dwóch sezonach spędzonych w organizacji Nashville Predators grał krótko w szwedzkim Farjestad, po czym jeszcze w sezonie 2009/2010 przeniósł się do fińskiego JYP Jyvaskyla, gdzie był kluczową postacią linii ofensywnych. Poza złotym medalem za MŚ 2011 (zdobył m.in. bramkę w pamiętnym wysoko wygranym meczu finałowym ze Szwecją) reprezentował swój kraj przy kilku innych okazjach, m.in. na MŚ 2008, gdzie „Suomi” zdobyli brązowe medale. Będzie to dla niego pierwsza przygoda z klubowym hokejem w Rosji. Fakt, że chcący grać o wysokie cele w SM-liidze JYP oddaje swojego czołowego napastnika, mającego do tego ważny kontrakt może dziwić, ale jak wyjaśniły władze klubu przekroczony został budżet przeznaczony na pensje dla zawodników i transfer mistrza świata ma pomóc w odzyskaniu pożądanej płynności finansowej. Zawodnik ma spędzić w Ufie obecny oraz przyszły sezon. Salavat, obrońca Pucharu Gagarina nie rozpoczął za dobrze bieżącej kampanii i korzystając z pierwszej przerwy w rozgrywkach przeznaczonej na mecze międzypaństwowe szykuje spore zmiany w ekipie. Team z Baszkirii po 23 rozegranych spotkaniach jest w tej chwili dopiero na siódmej pozycji w Konferencji Wschodniej. Roszady personalne dotyczą jak na razie głównie graczy zagranicznych. Jeszcze w październiku z klubem z Baszkirii rozstali się Czech Jakub Klepis i Szwed Robert Nilsson, jedno z wolnych miejsc dla obcokrajowców zajął już czeski defensor Jakub Nakladal, drugie przypaść ma Pihlstromowi. Za słabe wyniki swoją posadą zapłacił też doświadczony trener Sergei Mikhalev zwolniony 3 listopada, tym samym nie udał mu się powrót do klubu, w którym pracował po raz pierwszy już w końcówce lat 80 i z którym świętował mistrzostwo kraju w kampanii 2007/2008. Rozgrywki w KHL zostaną wznowione 15 listopada, wcześniej (10 – 13 listopada) pierwsza odsłona tegorocznych zmagań w EHT, czyli Karjala Cup w Helsinkach. Antti Pihlstrom znalazł się na liście powołanych przez trenera Jalonena graczy, także nim uda się do dalekiej Baszkirii czeka go na pewno elektryzujący występ przed własną publicznością w meczach przeciwko Szwecji, Rosji i Czechom.
środa, 02 listopada 2011
"Wielka ósemka" jest tylko jedna
Ostatniej nocy Anaheim Ducks przegrali na wyjeździe 4:5 po dogrywce z Washington Capitals. W tym meczu podopieczni Randy’ego Carlyle’a mieli lepsze i gorsze momenty i choć prowadzili już 3:0 i 4:2 nie można powiedzieć żeby punkcik w hali najlepszej jak na razie ekipy w lidze był złym wynikiem. Samo spotkanie pokazywane przez ogólnokrajową telewizję reklamowane było jako starcie dwóch wielkich gwiazd. Corey Perry to aktualny MVP ligi, jedyny strzelec 50 goli w ostatnim sezonie i być może najlepszy prawoskrzydłowy w lidze. Alexander Ovechkin nagrodę Hart Memorial Trophy zdobywał z kolei w latach 2007 – 2009 i śmiało można go określić mianem najlepszego lewoskrzydłowego ligi. Obaj panowie nie zawiedli, zapunktowali dla swojej drużyny, ale najlepszym zawodnikiem spotkania był ktoś inny, wspaniały Teemu Selanne, najstarszy hokeista na lodzie. Teemu miał udział przy wszystkich bramkach zdobytych przez „Kaczki”. Dwa gole i dwie asysty sprawiają, że po 12 grach nowej kampanii ma on w dorobku 14 „oczek” (5G + 9A) i plasuje się w ścisłej ligowej czołówce najlepiej punktujących. Fin w lipcu skończył 41-lat, ale po raz kolejny udowadnia, że to tylko liczba, która nie ma żadnego znaczenia gdy ma się pasję do tego co się robi. Może i to banał, ale kiedy znajdujesz się w takim momencie kariery co Teemu jakoś tak się dziwnie składa, że każda kolejna bramka i asysta oznacza kolejny awans na którejś z list wszechczasów. Najlepszy strzelec w historii organizacji z Anaheim dodał wczoraj dwa kolejne trafienia i z dorobkiem 642 goli przeskoczył Dave’a Andreychuka, obecnie samodzielnie dzierżąc trzynastą pozycję na liście wszechczasów. Dwie asysty i rekordowe w tym sezonie cztery punkty w meczu pozwoliły z kolei na przeskoczenie Guy Lafleur’a w tabeli punktujących, Teemu ma teraz dokładnie 1354 punkty. „Ciężko to wytłumaczyć” mówi nowy partner Fina z jednej formacji Andrew Cogliano. „To co on robi jest imponujące, właśnie dlatego jest przyszłym członkiem Galerii Sław. Strzelił już tak wiele bramek, że wydaje się, iż krążek w zasadzie sam szuka go na lodzie. Nikt nie rozumie tej gry tak dobrze jak on”.
No i tak się jeszcze składa, że Selanne od lat kojarzony jest z numerem „8” na koszulce, tak jak Alex Ovechkin. Nie zrozumcie mnie źle nie zamierzam przekonywać was, że Teemu jest lepszy od piętnaście lat młodszego Rosjanina. „The Great 8” Ovechkin to w zasadzie już globalna marka, a na lodzie prawdziwy dynamit, który w każdej sekundzie może eksplodować. Nic więc dziwnego, że zawsze znajdą się tłumy chętnych, by podziwiać jego poczynania na taflach NHL. To wszystko prawda, ale dla mnie przynajmniej dopóki Ovechkin nie zdobędzie swojego pierwszego Pucharu Stanleya i nie pobije strzeleckich osiągnięć Teemu, dopóty będzie funkcjonował w erze i cieniu innej „większej ósemki”. Zdanie mocno subiektywne, ale do licha mam do niego prawo i takie wieczory jak ten wczorajszy jeszcze bardziej utwierdzają mnie w tym przekonaniu.…
poniedziałek, 31 października 2011
Jak uwolnić potencjał ofensywny Ducks?
NHL to taka liga, która z natury swej rzeczy błędów i chwil słabości raczej nie wybacza. Koło fortuny kręci się bardzo szybko i jeden przegrany mecz może wpędzić zespół w dłuższe kłopoty. Ostatnimi czasy przekonali się o tym hokeiści Anaheim Ducks, którzy z dwunastu możliwych do zdobycia w sześciu grach punktów na swoim koncie zapisali ledwie trzy. Co gorsza poza przegraną po rzutach karnych w Chciago gra zespołu wygląda naprawdę słabo. Po dobrym starcie sezonu nie ma już śladu, a wczorajsze 1:3 w Columbus sprawia, że podopieczni Randy’ego Carlyle’a nie mają już nawet dodatniego bilansu zwycięstw i porażek. Oczywiście za wcześnie jeszcze na ogłaszanie wielkiego kryzysu, jesteśmy dopiero po pierwszym miesiącu wciąż jeszcze bardzo młodego sezonu 11/12 i także bardziej uznane od Anaheim ekipy mają spore problemy. Po dnie Konferencji Wschodniej tułają się obrońcy Pucharu Stanleya z Bostonu, a seryjnie przegrywają swoje mecze zawsze stawiani w roli jednego z faworytów Konf. Zachodniej Detroit Red Wings. Jeśli jednak coś naprawdę może niepokoić kibiców „Kaczek” to zdecydowanie skuteczność w ofensywie i niejako związana z tym umiejętność wykorzystywania okresów gry w liczebnej przewadze. W momencie kiedy piszę ten tekst Ducks legitymują się średnią zaledwie 1.91 gola na mecz. Jest to przedostatnia pozycja w trzydziestozespołowej lidze, minimalnie gorsi (1.90) są tylko Minnesota Wild, którzy rozegrali jednak jedno spotkanie mniej. Te dwie ekipy jako jedyne nie dobiły do średniej dwóch bramek na mecz. Na pewno niepokoi też skuteczność przewag. Nieco ponad trzynaście procent daje ledwie dwudziestą pierwszą pozycję w lidze, owszem są zespoły, które w tym elemencie gry męczą się jeszcze bardziej, ale teamowi z takim potencjałem z przodu w takim towarzystwie pokazywać się najzwyczajniej w świecie nie wypada. Trzeci najskuteczniejszy „Power Play” w lidze z ostatniego sezonu był wielkim atutem tej ekipy w jakże udanej pogoni zakończonej miejscem w czołowej czwórce Konferencji Zachodniej. Bez wykorzystywania wykluczeń rywali nie będzie szans by choćby zbliżyć się do tamtego wyczynu. Warto jeszcze dodać, że Anaheim są dwudziestą siódmą drużyną w lidze jeśli chodzi o średnią oddawanych strzałów na mecz (25.6) i ostatnią jeśli chodzi o skuteczność wygrywanych wznowień (44.9%). Ta ostatnia liczba jest doprawdy zatrważająca zważywszy na fakt, że Ducks jako jedyni w NHL nie mają nawet 45%, a kolejni najsłabsi mają 46.4%. Jako wierny kibic tej drużyny zwłaszcza dwie pierwsze wartości statystyczne naprawdę mnie przerażają. Drużyna, która ma w składzie jedynego zdobywcę 50 bramek w ostatnim sezonie i MVP ligi, zdobywcę 80 punktów, kolejnego strzelca co najmniej 30 bramek i do tego najlepiej punktującego obrońcę ostatniego sezonu ma olbrzymie problemy żeby otworzyć worek z golami i punktami w zupełnie nowej wyczerpującej kampanii. Ledwie 21 goli w 11 spotkaniach. Tylko dwa razy udało się strzelić cztery gole w jednej potyczce, do tego dwa razy hokeiści Ducks kończyli mecz z trzema golami na koncie. Z kolei aż pięć razy był tylko jeden gol, a 29 października w Nashville przyszła jeszcze pierwsza smutna porażka do zera. Jak to wygląda jeśli chodzi o osiągnięcia indywidualne? Corey Perry ma 4 gole i 7 punktów, Ryan Getzlaf 4 gole i 7 punktów, Bobby Ryan 4 gole i 5 punktów, a Teemu Selanne 3 gole i 10 punktów. Cztery najcięższe armaty w arsenale trenera Carlyle’a grają swoje. Oczywiście z pewnościa mogliby punktować lepiej, ale jak na mizerną grę ofensywną całej ekipy i tak zdobyli 15 z tych 21 bramek. Mimo wszystko większym problemem jest skuteczność kolejnych napastników. Center drugiej linii Saku Koivu nie ma jeszcze w dorobku ani jednej bramki, podobnie jak kontuzjowany aż do stycznia Jason Blake. Spośród napastników po jednej bramce ustrzelili jeszcze tylko środkowi Andrew Cogliano i pierwszoroczniak Maxime Macenauer. Tak zwany „secondary scoring” to także dorobek obrońców ekipy. Po jednym trafieniu zapisali na swoim koncie Francois Beauchemin, Kurtis Foster, Nate Guenin i Lubomir Visnovsky. Ten ostatni ma na razie problemy z regularnym dostarczaniem punktów, ale jego wyniki w dużej mierze zależą od skuteczności gry w przewadze, której jest głównym reżyserem na linii niebieskiej. Trzeba też powiedzieć, że bez bramki w nowym sezonie wciąż pozostaje młody Cam Fowler, który gra bardzo dużo, jest zdecydowanie bardziej stabilny, ale w jego grze nie ma jak na razie żadnych fajerwerk, w postaci zwycięskich trafień, spektakularnych akcji z przodu, którymi tak zachwycał w poprzednim sezonie. Jak wydobyć się z tego może jeszcze niezbyt głębokiego, ale jednak kryzysu? Sytuacji nie ułatwia na pewno ostatni rozkład jazdy. Po dwóch porażkach we własnej hali z rywalami z dywizji zespół udał się na jedną z najdłuższych w historii organizacji siedmiomeczową serię meczów wyjazdowych. Po przegranych w Nashville i Columbus trzeba będzie jeszcze odwiedzić Waszyngton, Nowy Jork i Detroit. Zespół ewidentnie potrzebuje jednej gry na przełamanie, gry która uwolni wreszcie ten spętany potencjał ofensywny, w który przecież trudno wątpić. Być może trzeba skupić się na prostszych rzeczach i mniej kombinować. Mile widziane byłyby częstsze strzały na bramkę, zamiast długiego wożenia się z krążkiem w tercji ataku w poszukiwaniu tej optymalnej pozycji, jak również mocniejsze pójście na bramkę w celu poszukiwania dobitek. Dobre zasłanianie bramkarza to kolejne podstawy z hokejowego abecadła, o które nie zawsze udawało się zadbać. Zasadne jest też zastanowienie się nad zestawieniem personalnym. Oczywiście trudno mówić o winie jednego czy dwóch graczy. „Potrzebujemy każdego, drużyna jest tak dobra jak jej najsłabsze ogniwo. Nie można patrzeć i czekać na to, że ktoś inny zrobi coś za ciebie i nie ma znaczenia czy jesteś młody czy stary, czy grasz dwie minuty czy dwadzieścia pięć. Bywają wieczory, że w tej lidze jest naprawdę cieżko i trzeba być na to gotowym” mówił po porażce z Blue Jackets najbardziej doświadczony w ekipie Teemu Selanne. Jakaś rotacja może być jednak niezbędna w celu pobudzenia ekipy, mówię pobudzenia, bo Bob Murray nie należy raczej do managerów, którzy działali by szybko i pod wpływem emocji., tak więc jeśli będą jakieś ruchy to raczej wyłącznie w obrębie naszej afiliacji w AHL. Wciąż zasadne wydaje się być pytanie o ostatniego zawodnika do top six, tego który ma załatać na dłużej lukę po kontuzjowanym Jasonie Blake’u. Nieskuteczny w Columbus Matt Beleskey nie jest raczej wystarczającym uzupełnieniem pierwszej linii, osobiście chciałbym zobaczyć złączoną ponownie doborową formację RPG, co miało już miejsce w trzeciej tercji w Columbus i Andrew Cogliano na skrzydle drugiego ataku Pozyskany latem z Edmonton napastnik wypada bardzo blado w kole wznowień i naprawdę nie będziemy stratni przesuwając go na skrzydło. Jeśli chodzi o możliwość dowołania kogoś z zaplecza to najciekawszymi rozwiązaniami mogłoby być sprawdzenie utalentowanego środkowego Petera Hollanda lub też rasowego snajpera Kyle’a Palmieriego, który po świetnym strzeleckim początku w barwach Syracuse Crunch zmagał się ostatnio z jakimiś drobniejszymi urazami dolnych partii ciała. Nie ma co rozrywać szat, w ostatnim sezonie też długo byliśmy pod kreską, by potem w wielkim stylu wedrzeć się do play-off. Czasu jest jeszcze bardzo dużo i należy wierzyć, że przede wszystkim sami gracze i sztab szkoleniowy znajdą sposób by wyjść z dołka własnymi siłami i zasobami. Naprawdę wierzę, że wystarczy jeden mecz, by otworzyć to magiczne pudełko z golami. Waszyngton czy Nowy Jork to naprawdę fajne miejsca by tak się wreszcie stało… |